I’ve always thought that Poland was a really poor country. Dochodzi do mnie z lewej strony, z bladych ust jeszcze bledszej twarzy. Niedoschnięty kosmyk przykrywa lagunowe oko, korektor nie maskuje kraterów na brodzie. To ten moment, w którym powinnam odsunąć krzesło i wstać, obrócić się powoli, wyłożyć metki ubrań i pokazać stanik. Pochować wszystkie produkty ze znakiem ASDA price, trzymając w lodówce tylko Pepsi i jogurty Danone. Usunąć es i youth z miejsca, w którym zasypiam w Londynie, licytując się na gwiazdki i pokój z balkonem. I nie gryźć, a połknąć Oh, so it wasn’t Heathrow? gdy robi TĘ minę. Bawię się pysznie w fotosyntezę, wdycham cały ten brud, odkrztuszając that Sweden must be a really great country. Nie buntuję się, gdy moje prawidłowe odpowiedzi odbijają się echem od ciszy, a powtórzone przez kolesia z Lichtensteinu wracają już nie do mnie z dźwięcznym ¡estupendo! Uczę się przeźroczystości wtórnej, materializując się, gdy nikt inny nie przeczytał, nie sprawdził, nie odrobił. I wish I did zmieniam na wish I had done, kasując z zasobów formę dla przyszłości. Każdy dzień kończę w bibliotece, tłumiąc angielskie wersje ścisz kurwa tę muzykę w uszach i nie żryj tu tych frytek nad moim zeszytem. Wypluwam martyrologicznego cyca z czystym obrzydzeniem, gdy mi go pchają na chama jeszcze się dziwiąc, że dziecko grymasi. I tylko czasem, lecz jednak czasem, myślę, że nikt nie lubi nas mniej niż my siebie sami.
Pat Pat on the back
listopad 15, 2009 - autor: patitapParafraza
październik 17, 2009 - autor: patitapI cóż ci z tego przyjdzie, żeś miss ameryką.
Że masz ciało wenery, a twarzyczkę kotka…
Że nie nosisz bamboszy z wzorem w Myszkę Miki.
I nie ślinisz plamy po sosie, co klapnął na spodnie.
Że trzydziestka szóstka ci odstaje z boku,
że się śmiejesz uroczo oczyma pochodni.
Że nie pieprzysz form czemu i dlaczego,
Lecz zawsze ku uciesze tłumów
Mrugasz zalotnie rzęsami z albumu
Zagłuszając trzepaniem zachwyty widowni.
Że znasz swoją wartość, choć nie podasz ceny
Bo wiesz, że kupić cię można wyświechtaną frazą
Więc poczekasz na kogoś, kto z twarzą przy twarzy
Będzie szeptać ci słowa, których nie rozumiesz.
Że się zachłyśniesz powietrzem jak wodą po plaży
Odsłonisz ramiona lub odgarniesz włosy
Kocim ruchem podejdziesz do celu ataku
Wargi zwilżysz językiem, podciągniesz rajstopy
I z delikatnością pięknego motyla
Strzepniesz niewinnie pyłek zwany seksapilem.
on mnie wybrał i zmierzył podług swych kanonów.
I rzekł, że w całym świecie takiej drugiej nie ma.
Więc nie sil się, Kochana i spasuj na moment.
Dasz się zerżnąć ciału.
Dusza poszła z dymem.
ANK.
październik 3, 2009 - autor: patitapTrzydzieści jeden zdjęć. Nic dziwnego, z tak piękną twarzą… Ja i drzewo. Ja i słup. Ja i ławka. Ja i pies. Londyn, Rzym, Barcelona. Paryż, Chicago, Montreal. Angry me. With my Love. Cmokaski dla wszystkich. Mua :***!!! Ach, jaka ty śliczna, urocze, mlask-mlask. Uściski dla Maciusia, ucałuj Halinkę, jaki on duży, to już tyle lat? Barany wszystkich nacji łączcie się! Anna, jakie to piękne imię. Każda Jola to fajna lola. Jeśli tęsknisz za papierzem… wpisójcie miasta! „Każdy promyk słońca jest jak uśmiech dziecka…”. Wyślij kwiaty, a czy TY śledzisz Krzyśka Ibisza? Pięknie razem wyglądacie! Jupi, ktoś dodał Cię do znajomych!
- Cześć, jestem Patrycja, mam 22 lata i śni mi się Pan Gąbka.
- Czeeeeść Patryycja.
Rozpustnica.
wrzesień 24, 2009 - autor: patitapJeden wełniany sweterek i jedną sukienkę później, Southampton wydaje się być zdecydowanie bardziej przyjazne. Depresyjna aura, towarzysząca Wielkiej Brytanii od dnia przyjazdu, ustępuje słońcu całkiem śmiało oświetlającemu ogromne zielone parki, w których, jeśli Poczta Polska nie da wiadomo-czego, już za trzy dni będę zdzierać kauczukowe kółeczka. Włóczę się po zacienionych alejkach, oswajając z ciągłym towarzystwem erasmusowych współlokatorów. Męczy mnie ta ciągła konieczność odpowiadania, delikatnego uśmiechu, beznamiętnych uwag. Tęsknię za samotnym mieszkaniem, odwiedzanym wyłącznie przez zwykle milczącego Darcy’ego i jego niemego kudłacza, który swoim szklanym wzrokiem wyraża egzystencjalne i fizjologiczne potrzeby. Nadal jestem na etapie dziwienia się wszystkiemu i wszystkim. Idea dwóch kranów w łazience wiąż pozostaje orzechem. Parzę ręce po to, by za chwilę włożyć je pod strumień lodowatej wody, po czym znowu je parzę i chłodzę. Otwieram szeroko oczy, gdy Szwedka z pokoju obok wychodzi do miasta w samej koszulce i rajstopach, celowo zapominając spódnicy. Podniesioną klapę w łazience zwolnionej przez Francuza witam pobłażliwym westchnieniem; wszyscy faceci na świecie są jednak tacy sami. Z dzielonego zlewu we wspólnej kuchni wyławiam resztki makaronu zatykające odpływ wody, przesuwam sterty nieumytych garów; codzienny trening mojej pedantycznej duszy. W drodze na uczelnię mijam personel sprzątający akademik- sami ciemnoskórzy plus Polki. Któregoś wieczoru motywuję się, by w końcu wyjść na imprezę. Do pierwszego klubu ciągnie bananowa młodzież; średnia długość spódnicy- piętnaście centymetrów. Z drugiego wylewa się fala pijanych Angoli, w drzwiach trzeciego grupa nastolatków nabitych ćwiekami wykonuje podejrzane gesty. Piąty, siódmy, dziewiąty pub. Wracam do akademika, siadam przy biurku, otwieram nowo nabytą gramatykę angielską i kolejny już raz zasypiam nad książką. Nie mogę się doczekać, aż wróciwszy do kraju, będę snuć opowieści o niekończących się balangach i wyjazdowym życiu.
Where the fuck is Poland?
wrzesień 23, 2009 - autor: patitapBo widzisz, czasami jest tak, że czujesz, że musisz coś napisać. Nie tyle chcesz, ile wiesz, że ktoś na to czeka. Choć możesz wcale nie mieć ochoty opowiadać o tym wszystkim. Ani o odwołanym locie i plamie paliwa pod silnikiem, bo wstyd jest latać tanimi liniami. Ani o rodaku, który wiedząc, że jesteś Polką, sili się na brytyjski akcent, choć jego angielski jest perfekcyjnie polski. Ani też o współlokatorach w akademiku, którzy po twoim przyjeździe zakluczają drzwi do swoich pokoi nawet wtedy, gdy idą do kuchni zaparzyć herbatę. Być może wolisz ukryć wybuch radości po umiejętnym obsłużeniu się w supermarkecie, gdzie sama sobie kasujesz towar czy po prostu uniknąć pytań czy i za kim już tęsknisz. Nikt nie mówił, że codziennie dostaniesz wiadomość, nikt też nie obiecywał, że zaczeka. Nie powinnaś przyznawać się do zazdrosnych łez, do tych wylewanych na czarne scenariusze, w których ktoś kogoś zdradza i to ciebie wali po pysku miłosny obrazek. O, a tego gościa z ręka na nietwoich plecach, podobno dobrze znasz. Nie, nie, zmilcz pukanie się w głowę po każdym użyciu nie tego przyimka, najważniejsze to popełniać błędy świadomie. To w końcu obcy kraj, musisz się przyzwyczaić. Nie od razu Rzym, i tak dalej. O tych imprezach, na które nie chodzisz, też nie mów. Ostatecznie po to cię tutaj tak wcześnie ściągnęli, drukowali ulotki, rozdawali plany.
Naucz się bawić w teatr, kochanie.
Full blur.
wrzesień 7, 2009 - autor: patitapNajtrudniej jest się przyznać, że to, nad czym zepsuło się wzrok i skrzywiło kręgosłup, to jednak Mr. Big Shit. Myślę sobie – może da się uratować; otaczam go więc gronem panienek Poprawek, co jeszcze bardziej nurza mu twarz w rynsztoku. Nie mam odwagi zgasić światła; więcej blasku i pudru na defekty mojej pracy! Zapalam świeczki, stwarzam atmosferę drobnego luksusu; jesteś taki ułomny i chromy, ale to nic, damy odpowiednie tło, zawiesimy na szyi tabliczkę z trudnym wyrazem i wmówimy wszystkim, że ten tu przed państwem to pionier. Nikt przecież nie krzyknie, że król jest nagi. Przechylą główki na bok, może nawet zaczną klaskać, będą się starali zrozumieć, stworzą niejedną teorię, wybaczą ci błędy mojego stworzenia. Znajdzie się pewnie jakiś smętny krytyk; nie martw się, wmówią mu, że nic nie rozumie. Zbudujesz swój skromny ołatrzyk na skrzydłach słabej składni i złej frazeologii, ale nie przejmuj się, bo wszyscy tak robią. Ubiorą cię w futro z plastikowych przypinek, zamkną w pudełku czterech przymiotników, opatrzą nośnym sloganem i puszczą w obieg. No, nie patrz jak osioł, pierś do przodu i marsz na scenę. Ladies and Gentlemen – Mr. Big Shot!
Pieprz się, panie Gray.
wrzesień 2, 2009 - autor: patitapPrzyrządzam amatorskie Sex on the beach, przyjemnie szumi mi w głowie, ociężale spoglądam na otwartą walizkę wielkości wózka widłowego. Mnie to nie dotyczy, czy ja się gdzieś wybieram? na rok? Ależ. Wszystko, co związane z wyjazdem zostawiam na potem; nie wiem, gdzie jest potem, kiedy dopadnie mnie gryząc w łydkę czy szczypiąc pod bokiem. Jem według rozpiski, codziennie się ważę, ćwiczę i z uśmiechem staruszki rozumiejącej prawidłowość świata, patrzę na zielone światełko sygnalizujące spadek kilogramów. Wyrabiam w sobie rutynę, pięć razy dziennie, rutyna jest dobra i sprzyja normalizacji. Jestem spokojna, ugłaskana, spinam grzecznie włosy, uśmiecham się łagodnie tak jak wypada, nie opalam, lecz słońce chce ocieplić dawno nietykaną skórę. Dzwonię do Darcy’ego, mówię, że przyjadę, przecież to już dziewięć dni, dziewięć, przecież liczę, ale słyszę może, jutro, zobaczymy. Czytałam mądre księgi, kształciłam się w tej materii, wiem wszystko o jaskiniach, marsjańskiej gumce i nieświadomym wycofaniu. Przeczytałaś, przyswoiłaś, stosuj. I nie marudź, że ci przykro. To w końcu wina NATURY, to inna planeta, wręcz inny gatunek. Działo nie jest skierowane w ciebie. Godzę się więc, że nie we mnie, lecz boli jak cholera, widocznie dostałam odłamkami, widocznie trafiło gdzieś obok. Łykam to, co powinno spłynąć; nowo nabyta wiedza krystalizuje i zachowuje wszystko wewnątrz. Nastawiam się na to, co i tak nastąpi; zerwij z drzewa, zjedz i odejdź szczęśliwy, zanim będę zbyt dojrzała, brudna od piasku i jesiennej trawy. Lato już było. I nie wróci.
SłowoTłok.
sierpień 11, 2009 - autor: patitapJeszcze duch nadużywanego swego czasu słowa nie zdążył ostygnąć, jeszcze gdzieniegdzie tlił się dogorywając, wysmyknąwszy się z ust kogoś, kto zaznajomił się z nim stosunkowo niedawno, a już na arenę wkradł się świeży hit, objeżdzając ją i korzystając z danych mu pięciu minut. Z wyświechtanego DOKŁADNIE, stosowanego dla potwierdzenia zdań różnej maści, wyzwolonego z kajdanek przypiętych doń imiesłowów, fala owczego słowotoku oblała standardowo: najpierw centrum, zalewając po drodze miasteczka i wsie, docierając w końcu pod same strzechy. Trójliterowe TAK, występujące w roli pytajnika, brutalnie wtargnęło w środek zdania, częściej jednak, z lenistwa, sadowiąc się na jego końcu. Niezależnie od kontekstu, za to identycznie akcentowane przez wszystkie szczeble drabiny społecznej, dopiero co urodzone, a już zaprzęgnięte do co drugiej wypowiedzi co drugiego Polaka, owe TAK, spełniające rolę dźwigni na ważności.
JA teraz mówię, TAK? Bredzę i mielę, ale nie zapominam dodać na końcu TAK, TAK? Jestem panią z telewizji, domokrążcą, laską z warzywniaka, obszczymurkiem, który ciągle wisi pomiędzy hujem a chujem, ale nigdy przenigdy nie zapominam, żeby zdanie oczywiście oznajmujące podkręcić podbciem przez TAK, TAK? Powodzianom należą się odszkodowania, pani redaktor, obiecali, a wiadomo, że jak się obiecywało, to my tu będziem walczyć, TAK? Skarpety, proszę pana, mają to do siebie, że się drą; jak się je nosi intensywnie, to i drą się intensywniej, TAK? Obsada buraka cukrowego wynosi 80 000 sztuk na hektar, TAK?
Ogladając wakacyjnie (marne, ach, jakże marne usprawiedliwienie!) Tvn Style i obserwując elokwentne: Magdę Mołek tudzież Paulinę Młynarską, śmiem przewidywać, co nowego lud przyjmie z góry w następnym sezonie. Uwaga, Panie i Panowie, gdyż zagrzmię z francuska.
Albowiem: chapeau bas! [czytamy szapoba, TAK?]
Errata
sierpień 5, 2009 - autor: patitapW pociągu jak zwykle syf, woda, która niby jest, ale akurat nie ma, bełkoczący głos na peronie, którego nie rozumiem i za drugim razem. Autobus za to nowoczesny, z wyświetlaczem podającym wszystkie informacje, od daty i godziny aż po czczone danego dnia imiona. Poza nazwą przystanków, ot taki zbędny szczegół. Liczymy w myślach, wysiadamy zgodnie z rozpiską, krzaki i pole, osiedle w oddali i mała pizzeria na rogu. Wchodzimy, siadamy. Pani za ladą nadal stoi za ladą. Menu samo nie przyjdzie, nakrycia tym bardziej. Wsuwam niekrajalnego buta zastanawiając się, czy aby na pewno szczęśliwie przegapiłam poprzednią epokę. Jakoś docieramy do hostelu, soczyste kurwa wita nas w progu. Znać prawdziwego polskiego gospodarza. Włóczymy się po Gdańsku, jarmark dominikański naprawdę zadziwia. Jest pani odbijająca piłeczkę na sznurku i pan, który przykłada przechodniom dwa druty do głowy (czytaj: przyrząd masujący); jest dziewczyna z wszystkomyjącą ścierką i chłopak gdaczący jak kura. Za każdym razem, kiedy stawiam, że nikt tego nie kupi, gawiedź pełznie w stronę straganu, by opróżnić kieszenie. Przegrywam tak parę razy, więc dalej nie liczę. Festiwal szekspirowski ginie wśród plastikowych kogutów, choć mistrz nadal przemawia do tej garstki osób. Sopot spływa monetami kasowanymi za wejście na molo; wybuduj drewniany pomost, postaw barierki i zarabiaj. Gdybyś nie kasował, pewnie nikt by na niego nie wchodził. Możesz też oddzielić pospólstwo od plebsu i wydzielić osobną plażę z karkami przy wejściu. Zawsze znajdzie się jakaś dumna pierś, która wystawi się topless dla lansu: popatrz i podziwiaj, te cycki śpią w Sheratonie. W drodze do domu gubię kontakty, ale to nic, myślę, skoro na dworcu wpadnę w znajome ramiona.
Wracam po omacku. Na dworcu nikt nie czeka.
Inny świat.
lipiec 22, 2009 - autor: patitapSłodko-lepki zapach Barcelony, gwar nocnej Rambli i smak śniadaniowych targowych owoców już na lotnisku stają się tęsknie zamkniętym wspomnieniem. Przechadzający się po marmurowych posadzkach pan w skórzanych sandłach, udekorowanych podciągniętymi białymi skarpetami z froty, jak i dwie panie, które wychodząc z toalety mijają obojętnie zlew; wszystko to przypomina mi dokąd lecę. Skradziony weekend w Poznaniu, dwugodzinna ruletka z radarami, dobrze znana tablica i znów miasteczko bez tramwajów. Śpię w świeżej pachnącej pościeli, oglądam kolorowe butelki z maminej szafki ściennej; taka miła odmiana po moich maziach produced for Biedronka. Obijam się o ściany po ciemku, nie trafiam w kontakty, to dziwne zapomnieć wydeptanych ścieżek. Przechadzam się dumnie jak przybysz, ja tu nie mieszkam, ja tu OBSERWUJĘ; nie ma wyjścia bez co najmniej dziesięciu dzień dobry, nie poznałabym, jak dawno, a ile i na jak długo. Krzyczę na widok Młodej, drzemy się obie, tu wolno, tu można, tu nikt nic nie powie. Brzydzę się plotką, lecz sama sprzedaję ją dalej; nienawidzę szeptania, ale odgarniam włosy, by usłyszeć lepiej; żądam na deser świeżej porcji gminnych opowieści. Kupuję ogromną walizkę z uszkodzonym zamkiem, nie proszę o rabat, dostaję półdarmo; sąsiadka trzy razy z własnej woli przestawia samochód: czy tak dobrze? czy pani córka się zmieści? Nie wiem, kto daje mi prawo, żeby czuć się ważną, czuć, że nie należę, że to inny świat. Może rynek, który przechodzę w pięć minut, baby w oknach z poduszką na parapecie, szczera uprzejmość, w której nasłuchuję fałszu. A przecież powstałam z kurzu tego miasta; ukształtował mnie tłum i wyrzeźbił kanty. Jedziemy z Zaręczoną do lasu, tu stań, mówi, do tego słupa, widzisz? to moja działka i tu będzie mój dom. Wpatruję się w tę łakę, wsłuchuję w ciszę i widzę leniwe poranki w szlafroku z kawą na tarasie, dziecko z rozbitą głową (będzie pechowe po mamie, już wiem), grille przy gwiazdach, czas, który stanie, nieskoszoną trawę. Widzę też ciągle Zaręczoną z dwoma warkoczami, w kolanówkach i z brakiem jedynek w uśmiechnietęj buzi. Moja J. żoną? Jezu. W pizzerii (którą zawsze nazywam pizzernią) J. błyska na przemian to ręką z brylantem, to zębami, zapełniającymi miejsce jej dawnego przodu. Siedzę naprzeciwko Młodej i Aktora, oboje są ładni, chudzi i szaleni. Śmieję się beztrosko zupełnie jak kiedyś; dla nich zawsze będę pati i nikt nie stwierdzi, że to imię odpowiednie dla psa. Jestem z dala od planów, porannej kawy i kanapek, ściśniętych mięśni twarzy, gryzienia języka, hamulców na stand-by’u, przemyślanych zdań, przełkniętych emocji.
Tak bardzo chcę zabrać ze sobą część tej dziewczyny z miasta bez tramwajów.
